Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże z Arkadym Fiedlerem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże z Arkadym Fiedlerem. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2013

Podróże z Arkadym Fiedlerem (5) - Travels with Arkady Fiedler








III.                   Okres drugiej wojny światowej


1.     Pobyt w Anglii i twórczość wojenna


„Dawniej śpiewały mu ryby w Ucayali, a teraz dookoła niego głębinowe pociski w odmętach Atlantyku (…), bardzo dziwny był ten człowiek i potrafił się przyjaźnić z mrówkojadami, pieścić kameleony. Ale, że przede wszystkim był ciągle Polakiem, odczuwającym odpowiedzialność wobec dalekiej, utraconej, Bóg wie na jak długo ojczyzny… Wojna zastała go na Tahiti. Mógł tam od biedy przetrwać do końca zawieruchy, ale był nieszczęśliwy. Uciekł więc z tego rajskiego ogrodu do Francji, by zgłosić się do polskich szeregów. Nie darmo był Polakiem. Z tahitańskiego raju, gdzie noce są i dnie były jak bajka, kobiety jak kwiaty, a kwiaty jak motyle wygnała go nieuleczalna polskość.”[1]Taką balladę stworzyła Ludwika Ciechanowiecka (przebywając w Ameryce), publikując ją na łamach polskiej prasy w Nowym Jorku.[2] Zaiste była to prawda. Mógł przecież w tym wymarzonym od dzieciństwa raju spokojnie żyć i tworzyć. Tak się jednak nie stało, a był to jego świadomy wybór. Chociaż było mu żal egzotycznych ptaków, zwierząt, wymarzonej dżungli, pięknych dziewcząt, decyzja była nieodwołalna. Moralny obowiązek i patriotyzm kazały wracać z tahitańskiego raju do ojczyzny w potrzebie. Nawet gubernator Papeete, U którego Fiedler zjawił się prosząc o wstawiennictwo w obawie, że na statku może zabraknąć miejsca, popatrzył na niego jak na wariata. Któż to bowiem porzuca raj, aby pakować się w sam środek ognia?
I tak na dobrą sprawę Fiedler wracał w nieznane. Nie mógł bowiem w żadnym wypadku przewidzieć co go spotka w oblężonej Europie. Doszły go słuchy, że generał Sikorski tworzy w Londynie oddziały Wojska Polskiego. Teraz ten czterdziestopięcioletni porucznik rezerwy zamierzał popłynąć statkiem do Francji i udać się d Ośrodka Rezerwowego Przeszkolenia Oficerów w Sables d’Or des Pins.[3]
Odpływającego pisarza żegnały Tahitańskie dziewczęta, a wśród nich miła sercu przyjaciółka Reri, która ciągle tęskniła za Warszawą, a zwłaszcza za ukochanym Eugeniuszem Bodo, z którym jako główna bohaterka grała w filmie: „Czarna Perła”. Po filmowej przygodzie wróciła w rodzinne strony, a jej serce ciągle biło dla Gieńka. Teraz też prosiła Arkadego o przesłanie dla niego pozdrowień.
Pisarz odpływał z zarzuconym na szyję przez Reri i dziewczęta wieńcem z kwiatów tiarè. Według tamtejszych wierzeń, każdy kto chciał powrócić, miał ów wieniec wrzucić do morza. Statek odpływał, palmowe gaje oddalały się, a oczy pisarza stawały się coraz bardziej wilgotne, a zerwany nagle z szyi naszyjnik wpadł do morza. Statek powoli zmieniał kierunek i płynął na północny wschód, niosąc pisarza ku nowym wyzwaniom i nowemu przeznaczeniu.
Po upadku Francji Arkady Fiedler wraz z wojskiem polskim udaje się do Londynu. Tam we wrześniu 1940 r. melduje się do głównodowodzącego Polskich Sił Zbrojnych w Wielkiej Brytanii, generała Władysława Sikorskiego. Wtedy jeszcze nie wiedział, że zamiast karabinem będzie walczył piórem. Pod wpływek tamtejszej prasy, która w tym czasie dużo pisała na temat wyczynów polskiego lotnictwa, a zwłaszcza Dywizjonu 303, postanawia napisać szerszą relację na ten temat. Taki też rozkaz dostaje od generała Sikorskiego. Zostaje więc skierowany na lotnisko w Northolt po Londynem, gdzie stacjonował Dywizjon.[4]
Jako człowiek szczery i otwarty szybko zaprzyjaźnił się z lotnikami. Umie także słuchać, dlatego podniebni bohaterowie chętnie opowiadają mu nie tylko o bitwach prowadzonych w powietrzu, ale także o swoich smutkach, radościach, kłopotach. Dla Arkadego jest to kolejne nowe doświadczenie życiowe, zostaje bowiem korespondentem wojennym. Nie uczestniczy w walkach, nie obserwuje bezpośredniego starcia lotników z wrogiem, zbiera jednak materiał na gorąco po podniebnej walce pilotów.
To doskonałe źródło informacji posłuży mu jako materiał do literackiego przetworzenia i zaowocuje w postaci książki Dywizjon 303. W owych ciężkich wojennych czasach zarówno dla Polaków w kraju jak i poza granicami, przytaczając sienkiewiczowską maksymę można rzec, że była to książka pisana „ku pokrzepieniu serc”. Pierwsze strony powstawały jeszcze podczas ostatniej fazy Bitwy o Anglię, natomiast ostatnie, kilka tygodni później, kiedy niemieckie bomby padały jeszcze na Londyn.
W jednym z wywiadów pisarz powie: „Wówczas trzeba było dać świadectwo prawdzie. W 1940 r. pokonana została Francja, Niemcy szykowali się do skoku przez kanał na Wyspy Brytyjskie, zapewne byli tacy, którzy zwątpili już w ostateczny wynik II wojny. To właśnie była rola „Książki – żołnierza” (…). Zaangażowanie naszych żołnierzy w walce, która decydowała o losach Europy – zaś później , w jakimś sensie o losach II wojny światowej. Włąsnie dzięki udziałowi w walce o Wyspy Brytyjskie nasi żołnierze mogli czynnie walczyć z Niemcami. Byłem pośród nich.”[5]
Rzeczywiście  Dywizjon 303  jest utworem pisanym pod wrażeniem rozgrywających się wówczas wydarzeń i czytelnik może go odebrać jako żywe i prawdziwe sprawozdanie z placu boju. Bardzo bliskie są polskiemu czytelnikowi opisy, gdzie autor sięga do tradycji. „W każdym polskim lotniku tkwiła mniej lub więcej fantazja lisowczyka, zagończyka, ułana. Cecha ta, jak widać przydaje się znakomicie nawet pięć kilometrów ponad ziemią, gdzie Polacy z powodzeniem wykonywali kawaleryjskie szarże, tylko że nie ponosił ich tam jeden, lecz tysiąc koni.”[6]
Ciekawe były dzieje edytorskie tej książki. W Londynie została bowiem wydana w 1942 r. w języku polskim i angielskim. Do okupowanej Polski przerzucono ją samolotami i tam w 1943 r. ukazało się kilka wydań podziemnych, które krążyły z rąk do rąk i czytane były z wielkim wzruszeniem.[7] Wspomnieć również należy, że Dywizjon 303 w latach 1942-45 doczekał się sześciu wydań angielskich, dwóch francuskich, jednego holenderskiego i portugalskiego.
W związku z pisaną przez Arkadego książką nie obyło się bez afery, która swój epilog miała aż w oficerskim sądzie honorowym.[8]Dywizjon 303 przysporzył Fiedlerowi wielu wrogów, którzy nie mogli mu chyba wybaczyć tego, że pierwszy wpadł na pomysł napisania o polskich lotnikach, uzyskując poparcie samego generała Sikorskiego.. Nie mogli zrozumieć jak ktoś, kto nie brał bezpośredniego udziału w walkach powietrznych mógł napisać coś tak wiarygodnego.”[9]Także po opublikowaniu prasie angielskiej pierwszych rozdziałów, rozległy się protesty żołnierzy i dowódców z kampanii wrześniowej, którzy obawiali się o swoje zasługi. Duży rozgłos wokół młodszych  kolegów – lotników sprawił, że rozpoczęto starania o przeniesienie Fiedlera do Szkocji. Tam miałby pracować w Edynburgu dla „Dziennika Żołnierza”. W taki sposób zostałby zerwany kontakt pisarza z dywizjonem, a tym samym zostałaby przerwana praca nad książką. Aby do tego nie doszło musiał interweniować sam minister informacji i dokumentacji profesor Kot, a generał Sikorski musiał wydać powtórny rozkaz pozostanie Fiedlera w jednostce.[10] To jeszcze nie był koniec kłopotów. W krótkim czasie na łamach „Polski Walczącej”, gdzie redaktorem był Tymon Terlecki został opublikowany atak na Fiedlera. Autor artykułu kapitan Janusz Meissner napisał, że książka będzie zapewne nie najwyższych lotów, bowiem jej autor to człowiek, który z wojskiem nie miał nic wspólnego, a wręcz go nie lubi. Autor artykułu został od razu potępiony przez dowództwo dywizjonu, budząc zrozumiałe oburzenie, także wśród lotników.. Wkrótce została wniesiona pierwsza skarga do sądu oficerskiego przez redaktora „Polski Walczącej”. Przyczyniło się do tego zajście, które miało miejsce: „ Dnia 24 bieżącego miesiąca (tj. października 1941 r…) o godzinie 17.00 przed posiedzeniem plenarnym PEN – klubu polskiego w Sali Ogniska Polskiego w Londynie, %% Princes Gate, por. Fiedler odmówił podania ręki ppor. Terleckiemu, gdy ten poszedł do niego, aby mu się przedstawić.” Historia ta ciągnęła się prawie trzy lata w Sądzie Honorowym dla Oficerów Starszych i Młodszych przy Sztabie Naczelnego Wodza, a autor  Dywizjony 303  zyskał dzięki temu jeszcze większy rozgłos, co mu przysporzyło czytelników.[11] Ostatecznie jednak Fiedler musiał przeprosić ppor. Tymona Terleckiego, bowiem obydwaj panowie byli wówczas w mundurach. Dla Fiedlera najistotniejszy jednak był fakt, że jego marzenia się spełniły i jego książka jako dokument bohaterstwa polskich lotników poszła w świat i rozsławiła imię polskiego żołnierza. Natomiast dla Polaków w kraju i na emigracji była prawdziwym antidotum „krzepiącym serca”, stąd też często dopatrywano się analogii do sienkiewiczowskiej  Trylogii.
Choć język  Dywizjonu zawiera szereg literackich metafor, a opisy są bardzo plastyczne, nie pozbawione emocjonalnego i dramatycznego nastroju, to jednak bardziej „literacka” wydaje się być książka Dziękuje ci kapitanie. Powstała ona bowiem na bazie osobistych doświadczeń pisarza, który w latach 1942-43 przebywał na polskich statkach handlowych pływających w służbie angielskiej marynarki wojennej na Atlantyku.[12] Tam bezpośrednio zetknął się z ofiarnością, poświęceniem i odwagą polskich marynarzy. To z podziwu dla nich powstała owa książka, ukazująca bohaterską walkę na dalekich niewidocznych frontach, gdzie pływały statki alianckie. Tytułowe opowiadanie książki to jedno z wielu autentycznych wydarzeń. Opowiada o tragicznym konwoju z początków wojny, kiedy statki handlowe miały bardzo słabą osłonę, natomiast łodzie nieprzyjacielskie grasowały jak stada wilków. Cała akcja ratowania rozbitków to pokazanie niezwykłej ludzkiej solidarności i poświęcenia, gdzie nie myśli się o niebezpieczeństwie, lecz o kolegach i o humanistycznym obowiązku wobec nich. Z takich właśnie luźnych opowieści składa się książka Dziękuję ci kapitanie. Fiedler żył wśród nich, przyjaźnił się z nimi tak samo jak z lotnikami z dywizjonu. Umiał dostrzec ich odwagę, poświęcenie, ale także fantazję i spryt oraz wielki patriotyzm. Dla tych ludzi morza statek był cząstką utraconej ojczyzny. Na końcu sam autor snuje podsumowanie. „ Z takich błahych pozornie zdarzeń składało się ich codzienne życie. Między dwoma ośrodkami pracy, mostkiem a maszyną, rozwijał się szary sznur cichych, niepozornych wypadków, dzień w dzień niemal tych samych, nieuchwytnych często w swej znikomości, rozciągniętych na przestrzeni trzech tysięcy mil, zagubionych w okowach rutyny – wypadków nie opromienionych nimbem wspaniałych bohaterów ani wrzawą i glorią bitewną. Jedynym zwycięstwem tych ludzi było zwycięstwo doprowadzenia statku do portu przeznaczenia.
A jednak gdy historia będzie pisała kronikę tych straszliwych zapasów ludzkiej rasy, okaże się, że owi marynarze statków handlowych zasługują na najwyższą chwałę i wdzięczność. Okaże się, że stoczyli bitwę jedną z najbardziej decydujących w tej wojnie, bitwę o główne arterie świata, i że wygrali ją dzięki przymiotom, za jakie ludzkość swym zasłużonym mężom stawia pomniki.”[13]
Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w Londynie w 1944 r. w języku polskim i natychmiast zostało przełożone na język angielski a zniknęło z półek w przeciągu8 dwóch tygodni.[14]
Książki  Dywizjon 303 i Dziękuje ci kapitanie, ukazują odmienny styl pisarstwa Arkadego Fiedlera, do którego już autor więcej nie powrócił. „Dwie pozycje, które obok książek Ksawerego Pruszyńskiego, Droga wiodła przez Narwik oraz Janusza Meissnera Żądło Genowefy  i  L – jak Lucy,  na trwałe wpisały się do utworów sławiących dzieje żołnierza polskiego na Zachodzie w latach wojny.[15]
Należy również wspomnieć, że owe dwie książki Fiedlera weszły na stałe do kanonu lektur dla młodzieży szkolnej ze względu na wartości poznawcze, wychowawcze i etyczne.
Podróżując na statkach handlowych Fiedler zwiedził między innymi: Kanadę, Stany Zjednoczone, Gujanę i Brazylię. Był to bardzo pracowity okres w jego życiu. Współpracował bowiem z wieloma czasopismami, gdzie zamieszczał fragmenty powieści, nowel, reportaży. Z czasopism londyńskich były to „Wiadomości Polskie”, „Britannia and Eve”, „Dziennik Polski”, „Dziennik Polski i Dziennik Zołnierza”, „Nowa Polska”.[16] Oprócz tego publikował w takich pismach jak „Skrzydła”, ukazujące się w Wielkiej Brytanii, „Droga i Prawda”, która była dodatkiem do „Gońca Obozowego” ukazującego się w Szwajcarii, a także w piśmie „W Drodze”, które ukazywało się w Jerozolimie.
Współpraca ta zaowocowała również wydaniem w tym trudnym okresie takich książek jak Zwierzęta z lasu dziewiczego, Żarliwa wyspa Beniowskiego, Radosny ptak drongo.[17]
W jednej z nich autor wspominając ojca pisze: „Gdy byłem mały ojciec uczył mnie kochać nie tylko motyle i inne zwierzęce stwory. Twierdził, że stateczni bankierzy, dyrektorzy i w ogóle ludzie wielkich afer nie zawsze mieli rację. Natomiast potrzebniejsi byli ludzie szaleni i nieposkromieni. Oni mieli częściej rację. Szaleńców trzeba było kochać. Tylko wielcy szaleńcy stawali się bohaterami, wybijali nowe drogi dla ludzkości, tworzyli jaśniejsze światy i zwyciężali.”[18]



  1. Drugie małżeństwo i powrót do kraju

W życiu A. Fiedlera ważną rolę zawsze odgrywały kobiety. Gdziekolwiek przebywał umiał dostrzec i docenić ich piękno, powab i czar. Jednak tę najważniejszą towarzyszkę na całe dalsze życie znalazł podczas wojny w Londynie. Snując tę historię można ją zacząć prawie jak bajkę. Bowiem pewnego razu, kiedy przystojny Arkady spacerował ulicami miasta, zauważył piękną czarnooką dziewczynę. Zauroczony jej urodą chciał zawrzeć bliższą znajomość. Zaczął więc udawać zagubionego cudzoziemca, a tym samym podrywać dziewczynę. Piękna nieznajoma okazała się Włoszką, pochodzącą spod Neapolu. Jej ojciec Elpidio Maccariello, aby założyć własną firmę przeniósł się do Londynu.[19] Podczas podróży przez ocean statek został storpedowany przez Niemców, a ojciec zmarł w wodzie z wycieńczenia. Dziewczyna nazywała się Maria Maccariello i była młodsza od Arkadego o 28 lat. Zaloty okazały się bardzo skuteczne, bowiem wkrótce doszło do ślubu. Chociaż Maria nie znała ani słowa po polsku, to doskonale poradziła sobie z przepisywaniem na maszynie notatki do Dywizjonu 303 . Języka polskiego nauczyła się dopiero w Polsce, głównie czytając Żeromskiego. Jeszcze w Anglii Fiedlerom urodziło się dwóch synów, w 1945 r. - Arkady, Radosław, a w 1947 r. -  Marek.
Arkady nie wyobrażał sobie życia na emigracji. Był jak ptak, który musiał mieć swoje gniazdo, do którego wracał po trudach podróży. Ta przystań mogła być dla niego tylko w ojczyźnie. Dlatego też pisarza wraca do kraju w 1947 r. i kupuje to o czym zawsze marzył, dom w Puszczykówku pod Poznaniem. Dom został kupiony na 25 rat, był jednak w nie najlepszym stanie i wymagał gruntownego remontu. Istotne jednak było to, że dom był położony z dala od miejskiego zgiełku i hałasu, wokoło rozpościerały się piękne lasy i tajemnicza rzeka Warta.
„ W 1948 r. do Puszczykowa zjechała reszta rodziny pisarza – żona (…) i  ich dwaj synowie, wówczas kilkuletnie szkraby – Arkady i Marek.”[20] Wszystko wydaje się wyglądać jak najlepiej. Pisarz ma dom, szczęśliwa rodzinę. Jego książka Dziękuję ci kapitanie zostaje dopuszczona do bibliotek nauczycielskich.  W zamyśle urodzonego podróżnika zaczynają się rodzić kolejne egzotyczne podróże.
Jego żona Maria okazała się nie tylko piękną kobietą, ale również wyrozumiałą żoną i matką. Dla swoich synów miała wiele ciepła, serca i cierpliwości i często z przymrużeniem oka patrzyła na ich figle.. Jako małżeństwo Arkady i Maria tworzyli niecodzienną parę i mimo różnicy wieku i różnicy charakterów byli bardzo dobranym i zgodnym małżeństwem.
W 1956 r. urodził się Fiedlerom trzeci syn, którego nazwali Maciej.[21] Kiedy dwaj młodsi synowie podrośli, towarzyszyli ojcu w podróżach. Z czasem towarzyszkami podróży stały się synowe Arkadego Fiedlera. Najmłodszy Maciej ukończył medycynę i na stałe zamieszkał w Kanadzie, gdzie pracuje jako lekarz. Starszy syn Radosław ukończył studium nauczycielskie, a Marek jest prawnikiem. Żaden z nich nie pracuje w swoim zawodzie. Bracia Fiedlerowie są sąsiadami.  W rodzinnym domu na parterze mieści się muzeum, w wyższej części mieszka syn Marek z żoną i synami. Ich starszy syn został nazwany Radosław a młodszy Marek. Arkady, Radosław Fiedler mieszka w tylnej części ogrodu, w domu który został przebudowany z letniego bungalowu. Jest ojcem bliźniaków – Arkadego i Diany. Synowie stoją na straży rodzinnej tradycji. Podróżują, przywożą eksponaty i trzymają pieczę nad rodzinną schedą.
Żona  Arkadego, Maria uwielbiała włoską kuchnię i tę pasję podzielają synowie. Jej hobby był śpiew, tak piękny, że dostała nawet propozycję występów w Operze poznańskiej. Zrezygnowała jednak z kariery i zajęła się prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci. Miłość do muzyki pozostała jej na całe życie i często było słychać jej śpiew podczas codziennej krzątaniny po domu. Maria zmarła w 1992 r. Spoczęła obok męża na cmentarzu w Puszczykówku.[22]








[1] A. Fiedler, Wiek męski… s. 249
[2] Ibidem, s. 249
[3] J. Ratajczak, Gdy Warta…, s.84
[4] A. Fiedler, Dywizjon 303, S. 5
[5] G. Zapłacińska, Dywizjon 303 – po raz dwudziesty, „Słowo Powszechne”, nr 172, 31.08.1983
[6] A. Fiedler, Dywizjon…, s.19
[7] R. Pietrzak, Literatura i podróże, „Trybuna Ludu”, nr 285, 28.11.1984
[8] K. Suchan, Zapomniany pisarz, „Wiadomości Kulturalne”, nr 1,1.01.1995
[9] Ibidem
[10] J. Ratajczak, Gdy Warta…,s.90
[11] Ibidem, s. 93
[12] J. Mazurczyk, Thank you capt’n, „Głos Tygodnia”, nr 4, 25.01.1970
[13] A. Fiedler, Dziękuję ci…. S. 147
[14] Nowy słownik dla literatury dla dzieci i młodzieży, red. B Kuliczkowska i B. Tylicka, WP, Warszawa 1984, s. 108
[15] T. J. Zółciński, Podróżnik trzech kontynentów…
[16] Współcześni polscy pisarze i badacze literatury, Słownik bibliograficzny…, s. 297
[17] Ibidem, s. 295
[18] A. Fiedler, Zwierzęta z lasu dziewiczego, Wyd. Poznańskie 1972, s. 136
[19] G. Cius, Podróż rodzinna, „Dziennik Zachodni”, nr 50, 10-12.03. 1995
[20] A. Tomiak, Dom pełen podróży, „Gazeta Poznańska”, nr 48, 26-27. 02.1994
[21] Na podstawie rozmowy przeprowadzonej z Markiem Fiedlerem w dn. 17.12. 1996 r. w Puszczkówku
[22] Na podstawie rozmowy przeprowadzonej z Markiem Fiedlerm…









niedziela, 17 listopada 2013

Podróże z Arkadym Fiedlerem (4)







II.                    Dwudziestolecie międzywojenne
  1. Ślub – pierwsza podróż – debiut literacki

Każdy z nas staje czasem na zakręcie życiowej drogi, pytając samego siebie co dalej począć? Tak też było z Arkadym Fiedlerem. Wraz z matką mieszkał dalej w Poznaniu przy ulicy długiej 11. I wojna światowa pokrzyżowała mu całkowicie życiowe plany i marzenia. Mając prawie dwadzieścia pięć lat, zastanawiał się czy nie podjąć dalszej edukacji na uniwersytecie. Najpierw jednak należało jednak ratować zakład fotochemigraficzny, który na skutek wojny popadł w całkowitą ruinę. Był jednak czymś bardzo ważnym – spuścizną po ojcu. Arkady czuł jego obecność na każdym kroku i każdy przedmiot przypominał mu ojca – przyjaciela. Rzucił się więc do pracy z niepojętym zapałem i energią.
W 1919 r. wrócił do Poznania, jako kapitan wojsk polskich, jego serdeczny przyjaciel, Mieczek Rudzki, który jeszcze przed wojną w wielkiej tajemnicy zaręczył się z Marią z domu Ritterów[1]. Przyjaciel wprowadza Arkadego do domu Ritterów przedstawiając go swojej przyszłej rodzinie. Tam Arkady poznaje młodszą siostrę Marii, dwudziestoletnią Janinę. W tej ślicznej dziewczynie Arkady zakochuje się bez pamięci i wkrótce oświadcza się. Na Gwiazdkę w 1919 r. dochodzi do zaręczyn, a latem 1920 r. jest już statecznym i zakochanym mężem Janiny Ritterówny. Młodzi małżonkowie mieszkają wraz z matką, na ulicy Długiej 11. Arkady jeszcze z większym zapałem rzuca się do pracy. Właściwie jest to praca – nauka od podstaw, bowiem młody adept niewielkie miał doświadczenie w chemigrafii. Arkana rzemiosła życzliwie odsłaniają mu dwaj byli pomocnicy ojca, Leon Primke i Antoni Gonia[2].Pracy było co niemiara, bowiem był to jedyny tego typu zakład na całą Wielkopolskę i Pomorze. Po kliku miesiącach ciężkiej harówki, w oparach szkodliwych chemikaliów, dają się we znaki pierwsze kłopoty ze zdrowiem. Bardzo pomogli Arkademu  znajomi lekarze oraz długie codzienne spacery. Wkrótce też wiać efekty sumiennej i ciężkiej pracy, bowiem zakład nie tylko wraca do normy, ale zaczyna przynosić spore zyski.
Arkady postanawia uzupełnić swoje wykształcenie w związku z czym w marcu 1922 r. wyjeżdża do Lipska na Akademię Sztuk Graficznych[3]. Podróż pociągiem szybko mija, bowiem jak zaczarowany, jednym tchem czyta książkę podarowaną mu przez przyjaciela Zenka Kosidowskiego. Była to Noa Noa, Paula Gauguina[4], pamiętnik francuskiego malarza opowiadający o pobycie na czarodziejskiej wyspie Tahiti. Tam właśnie czterdziestotrzyletni malarz znalazł prawdziwy raj do realizacji swych artystycznych marzeń. Fiedlera zachwyciły nie tylko pamiętniki Gauguina, ale także jego impresjonistyczne malarstwo, z którym zetknął się będąc studentem w Krakowie.
Arkady swój pobyt w Lipsku wspomina nader sympatycznie. Cenił sobie nie tylko zdobyte tam umiejętności, które były mu bardzo potrzebne do prowadzenia zakładu na wysokim poziomie, ale także ludzi z których wówczas poznał. Umiał docenić wysoką wiedzę profesorów i asystentów, którzy darzyli go wielka sympatią. Zaprzyjaźnił się córką toruńskiego wojewody, a ówczesną studentką na wydziale graficznym, Janiną Brejską[5]. Choć postronni podejrzewali coś więcej i nawet plotkowali na ten temat, była to najprawdziwsza przyjaźń.
Podczas pobytu w Lipsku Arkady zakupił nowy sprzęt do swojego zakładu: nowoczesny aparat reprodukcyjny z bardzo silnym obiektywem fotograficznym, oraz rastry  - siatkówki do klisz trójbarwnych. W 1922 r. Arkady zdaje egzamin magisterski z chemigrafii, a rok później znów przyjeżdża do Lipska żeby poduczyć się drukarstwa. Wracając d Poznania dokonuje zakupu małej drukarenki. To wszystko sprawia, że jego zakład zdobywa coraz większą renomę, co wiąże się z coraz większymi zleceniami od liczących się instytucji. Choć Arkady jest dumny z tych osiągnięć, to jednak głównie robił to z pietyzmu do ojca. On w dalszym ciągu pozostaje marzycielem tęskniącym za przyrodą, słońcem, tajemniczą przygodą.
Tęsknota była tak silna, że Arkady zleca zbudować lekką łódź i w połowie lipca 1923 r. wraz z przyjaciółmi i żoną wyrusza na wyprawę. Jadą pociągiem do Sieradza, skąd płyną Wartą do Poznania. Wyprawa z prądem rzeki trwa prawie trzy tygodnie i obfituje w mnóstwo niezapomnianych wrażeń. Dla Fiedlerów jest szczególna, bowiem w kwietniu następnego roku przychodzi na świat ich córeczka Basia.
Arkady jest w dalszym ciągu pod wpływem „warciańskiej” wyprawy. Jesienią 1923 r. pisze list do nieznanego kierownika stacji kolejowej Canadian National Railways w Prince George nad rzeką Fraser w Kolumbii Brytyjskiej[6], z pytaniem o bliższe szczegóły wyprawy w te strony. Gdy nadchodzi odpowiedź od nieznanego człowieka wszystko traktowane jest jeszcze z przymrużeniem oka, jednak już gdzieś tam głęboko w duszy pozostawia ślad. Duży wpływ na snucie podróżniczych marzeń mają czytane przez niego książki, głównie przyrodnicze i przygodowe. Do znaczących należała napisana przez uczestnika wyprawy, szalonego majora Powella, o Wielkim Kanionie rzeki Colorado w Stanach Zjednoczonych[7].
Kiedy przychodzi na świat Basia, młody ojciec poleca zbudować drugą, nieco mniejszą łódź, którą nazywa imieniem córki. W lipcu 1924 r. Arkady inicjuje kolejną wyprawę na wschód Polski, od Sambora aż po Zaleszczyki[8]. Wyrusza z grupą wypróbowanych przyjaciół: Jankiem Wronieckim, Czesławem Rochowiczem, medykami Lechem Tylgnerem oraz Alfonsem Mierzejewskim oraz Henrykiem Zglińskim. Arkady napisze później: „Wycieczka ta spełniła niewątpliwie ważne dla mnie zadanie. Jeśli doniosłe rzeczy w życiu ludzkim podlegały żelaznym prawom rozwoju, to ten mój Dniestr był jakimś kamieniem milowym, jakąś stacją przejściową, niezbędnym ogniwem dla spraw, które nadejść miały w przyszłości. Przeznaczenie okropnie powoli dojrzewało we mnie, ale dojrzewało”[9]
Była to kolejna wyprawa obfitująca  w szereg radosnych uniesień i niezapomnianych przeżyć tak silnych, że Arkady po powrocie do Poznania chwyta za pióro i w wolnych chwilach spisuje swoje wrażenia. Pisane fragmenty czyta wieczorami swoim kolegom, którzy raz go chwalili, raz pouczali lub wytykali błędy, czasem poklepywali po plecach.. prawdziwe zaskoczenie przyszło wtedy, gdy Arkady zapowiedział, ze zamierza wydrukować swoje wakacyjne relacje. „ Koledzy z wycieczki w dół Dniestru osłupieli (…). To nie mieściło się nagle w wizerunku statecznego chemigrafa, który dawno przekroczył trzydziestkę i ma na karku żonę oraz małe dziecko. Bawić się w młodzika, wiatrem i poezja podszytego? Debiutować jako gryzipiórek, urzeczony rzeką, tajemniczą, egzotyczną, akermańską?!”[10] Do mającej się ukazać książki jego przyjaciel Janek Wroniecki wykonał barwne ilustracje. Arkady zasięgnął także krytycznej opinii profesora geografii Uniwersytetu Poznańskiego, Stanisława Pawłowskiego, otrzymując następującą odpowiedź: „Winszuję; poezja zaślubiona geografii. Nie wahać się!”[11]
Przyszły pisarz nabywa więc komplet czcionek i drukuje książkę w swojej drukarni. Jest to relacja wrażeń z kajakowej wycieczki, które były tak silne, że Arkady musiał je opisać. Zdając sobie sprawę ze swoich niedociągnięć pisarskich stwierdził: „wszystko co mniej więcej chciałem wygaworzyć, znalazło swój wyraz w książce”.[12] Jakże ciekawe i zaskakujące jest porównanie rzeki do człowieka: „Rzeka – to przeważnie przyjaciel, czasem wróg, rzadko kiedy ktoś obojętny. To zawsze ruch, postęp, i siła. To jasno sformułowany cel, o dokładnie wytkniętych granicach brzegów, to głębia, którą zbadać można, to w każdym objawie uosobienie prawa, skutku i przyczyny. To czasem fanatyk, bijący o skałę, czasem zachłanny wojownik, zabierający brzeg, czasem choleryk wodospadów, starzec w głębokich zatokach, upokorzony słabeusz w brodach lub znienawidzony gwałciciel w czasie powodzi”.[13]
Wydana w 1926 r. książka Przez wiry i porohy Dniestru, przeszła bez większego echa. Potraktowano ją jako reporterską relację przyrodnika – amatora. W doborowym gronie ówczesnych reporterów, gdzie prym wiedli Aleksander Janta – Połczyński, Mieczysław Lepecki, Jerzy Giżycki, Melchior Wańkowicz trzeba było czegoś niezwykłego, żeby przebić się i zaistnieć. Czytając tę książkę można jednak dostrzec Pierwsze charakterystyczne cechy twórczości pisarza zauroczonego pięknem przyrody, szukającego jedności i związku z nią. Ten entuzjazm i optymizm udzielał się także czytelnikowi. Wydana książka duże znaczenie miała  dla samego autora, który pisał: „Zarówno dniestrowa wyprawa, jak książka z niej powstała, były koniecznym krokiem w moim życiu, jakimś przęsłem mostu, jakimś sprzęgłem”.[14]
Po tym literackim debiucie życie znów toczy się normalnym torem. Arkady bez wytchnienie pracuje w zakładzie. Wieczorami, gdy przychodzą przyjaciele, często wpada w roboczym ubraniu, żeby coś zjeść lub zamienić parę słów. W natłoku pracy zawsze znajduje jednak czas na przeczytanie czegoś ciekawego, głównie związanego z przyrodą lub przygodą. Kolejną niezapomnianą dla Arkadego książką jest Parana, ornitologa – Tadeusza Chrostowskiego, który spisał swoje przeżycia przebywając w Brazylii jako zbieracz ptaków dla polskiego muzeum. Arkady wracał do tej niewielkiej książeczki wielokrotnie, a przed oczyma stawały mu rogalińskie dęby i marzenia o gorącej puszczy. Marzenia z czasem zaczęły przeradzać się  w ogromną tęsknotę, tak silną, że z czasem stanie się ona rzeczywistością.
Arkady zdawał sobie sprawę, że do realizacji jego marzeń potrzebne SA ogromne środki finansowe. Gromadził je całymi latami, pracując ciężko w swoim zakładzie. Założył sobie na ten cel specjalny fundusz, którzy jak twierdził potęgował jego marzenia. Wszystko to wówczas było wielką tajemnicą.
W styczniu 1927 r. umiera jego matka, o której Arkady napisał: „Zawsze pełna poświęcenia, życiowej mądrości, serdecznej, wielkiej dobroci, promieniującej na wszystkich  wokoło”.[15] Matkę żegnał z wielkim bólem. Jeszcze bardziej ożywają wspomnienia o ojcu i marzenia jakie mu kiedyś wpoił. Postanowienie  odbycia podróży jeszcze bardziej się nasila.

  1. Pierwsze wyprawy w tropiki i dalsza twórczość literacka

Zagraniczne podróże rozpoczął w 1927 r. wyprawą do Norwegii. Jest to prawie dwutygodniowy pobyt spędzony na polowaniu na niedźwiedzia i łosia. Chociaż wokoło rozciągały się piękne widoki północnych lasów to Arkady wraca z tej wyprawy z niedosytem. Nie znalazł bowiem w nordyckim krajobrazie i klimacie tego, czego szukał i za czym tęsknił.. On wymarzył sobie słońce, tropikalne lasy, puszczę. Chociaż uzbierał już niezłą sumkę, to jednak było to wciąż za mało na realizację marzeń.
Niebywała okazja do szybkiego zarobku trafiła się kiedy Jan Jachowski w swojej uniwersyteckiej księgarni wydawał ilustrowaną Botanikę  profesora Kudelki.[16] Arkady podjął się wówczas wykonania 28 barwnych plansz, które ukończył w ciągu kilku miesięcy.. Pracował wówczas ponad dwanaście godzin na dobę, jednak to pozwoliło mu zarobić w krótkim czasie prawdziwą fortunę. Było to przepustką do realizacji jego marzeń, bowiem posiadał fundusze. Wbrew pozorom nie było to jednak wcale takie proste.
Chociaż Arkady swoim przyjaciołom często wspominał o swoich zamiarach, ci jednak nie traktowali go poważnie, uważając że  to zwykłe mrzonki. Gdy jednak Arkady zaczyna prawdziwe przygotowania do wyprawy do Brazylii, koledzy nie tylko są przeciwni ale jeszcze podburzają jego żonę. Przyszły wielki podróżnik – literat ma przeciwko sobie wszystkich, żonę, przyjaciół, kolegów i całe otoczenie. Jego przyjaciel Janek Wroniecki[17] odbywa z ni długą rozmowę w cztery oczy, próbując mu wybić z głowy niedorzeczne zamiary: „ …to mrzonka, to szaleństwo tracić pieniądze na niedorzeczny kaprys. (…) A obowiązki wobec Janki i małej Basi, to nic? (…) Zamiast myśleć o kupieniu willi na Sołaczu, to w głowie ci jakieś fanaberie, jakieś szusy”.[18]
Na nic się zdało zapewnienie Arkadego, że rodzina podczas jego nieobecności zostanie zabezpieczona finansowo i z pewnością nie ucierpi z tego powodu. To nie mieściło się w żadnych powszechnie przyjętych kanonach, żeby wykształcony chemigraf, poważny mąż i ojciec mógł tak postąpić. Arkady jednak zawziął się , robił to nie dla siebie, lecz przede wszystkim dla ojca oraz w imię marzeń, które teraz miały szansę realizacji.
Już w tym czasie utrzymywał bliski kontakt z doktorem Rakowskim i profesorem Niezabitowskim, pracującymi w Muzeum Przyrodniczym.[19] Często ich odwiedzając, zdobywał potrzebną wiedzę przyrodniczą oraz uczył się preparowania ssaków, gadów i ptaków. Celem jego wyprawy miało być zbieranie okazów fauny dla Muzeum Przyrodniczego w Poznaniu.[20] Arkady mając na koncie sumę prawie trzech i pół tysiąca dolarów postanowił zabrać na swój koszt jednego towarzysza podróży znającego się na preparowaniu gadów. Profesor Niezabitowski polecił mu młodego leśnik, Antoniego Wiśniewskiego, który okazał się nie tylko świetnym kompanem ale również doskonałym przyrodnikiem – badaczem. Aby dostać bezpłatny bilet na statek z Europy do Brazylii Arkady musiał użyć wpływów znanego działacza emigracyjnego, Michała Pankiewicza. Dopiero po jego interwencji i zapewnieniach o celach wyprawy, dyrektor linii obsługujących kraje zamorskie zgodziła się na darmowy bilet.
W listopadzie 1928 r. Arkady wypływa z Hawru do południowej Brazylii. Jego kompan Antonii Wiśniewski w tym czasie wypływa z Marsylii do Rio de Janeiro.[21] Pobyt w Brazylii trwał prawie dziewięć miesięcy i można go było podzielić na trzy etapy: „Podzwrotnikową puszczę nad rzeką Ivai w głębi Parany, następnie bujny las nadmorski pod Morretes oraz stepy Pirakquara między Kurytybą a Serra Mar.”[22]
Podroż Arkadego była ziszczeniem wszystkich marzeń, jednak to co zobaczył na własne oczy zaostrzyło tylko apetyt i pobudziło fantazję. W jednym z wywiadów powie: „ Podróż była udana, zobaczyłem wiele, nauczyłem się jeszcze więcej i przywiozłem dla muzeum przyrodniczego w Poznaniu bogate zbiory. A nad brzegami olbrzymiej rzeki w sercu pierwotnej puszczy doznałem tak silnych wrażeń Wzrokowych i głębokich wzruszeń duszy, że nie mogłem się oprzeć sile, która zmuszała mnie do pisania. Tak stałem się podróżnikiem i pisarzem.”[23] Rzeczywiście Arkady wyruszając na wyprawę wcale nie zamierzał utrwalać wrażeń na piśmie. Stało się jednak inaczej, po powrocie do kraju pisze dwie niewielkie książki, Bichos, moi brazylijscy przyjaciele,  opowiadającą o zwierzętach oraz drugą, Wśród Indian Koroadów,[24]gdzie opisuje swe przygody nad rzeką Marequinhą i na Ivai. Arkady znów wydaje je własnymi siłami w swojej drukarni. Choć książki były wydane bardzo starannie, posiadały piękne barwne ilustracje i napawały dumą ich autora, to jednak nie sprzedawały się najlepiej. Arkady nie upadał jednak na duchu, choć miał ku temu jeszcze inne powody. Zona podczas jego nieobecności zaniedbała zakład. Wydała nie tylko wszystkie oszczędności, ale jeszcze narobiła długów, wobec czego większość sprzętów w mieszkaniu Fiedlerów była zajęta przez komornika. Kiedy doszło do awantury, Janka odeszła zabierając ze sobą Basię. Na nic się nie zdały przeprosiny i prośby o powrót. Jego małżeństwo rozpadło się bezpowrotnie. Przyszło  kolejne nieszczęście bowiem na zapalenie opon mózgowych zachorowała ich córeczka Basia. Niestety Basi nie udało się uratować. Arkady przeżył to bardzo boleśnie, bowiem córka była jego szczęściem i kochał ją z całego serca.
Z dawnego życia nie zostało nic. Nawet większość dawnych kolegów nie mogąc mu wybaczyć szalonej podróży odwróciła się od niego. Wśród nielicznych pozostał  Kazimierz Śmigielski, Janek Wroniecki, profesor Niezabitowski oraz doktor Rakowski. Ci ostatni byli zachwyceni jego zbiorami. A było to „ ok. 1500 ptaków, ssaków i gadów i ok. 10 000 owadów, głównie motyli.”[25] Okazami tymi zostało obdarowane nie tylko muzeum w Poznaniu ale także ogród zoologiczny, a nawet poznańska Palmiarnia, która otrzymała także ponad dwadzieścia sztuk storczyków.
Arkady aby ratować zadłużony zakład musiał zwolnić pracowników, a większość obowiązków przejąć na siebie. Znów zaczęła się ogromna harówka, po kilkanaście godzin dziennie. Bakcyl podróży został jednak połknięty, więc mimo tych wszystkich niepowodzeń jego myśli wybiegają daleko do ciepłych krajów. Do tego były jednak potrzebne nowe i to wcale nie małe fundusze.
Oprócz pracy Arkady zawiera również nowe przyjaźnie. Są to przede wszystkim ludzie należący do śmietanki kulturalnej Poznania. Zawiera również znajomość z bardzo młodą i bardzo ładną dziewczyną, z którą wiąże się na dłuższy czas. Aleksandra, nazywana przez niego Andrą, „była tak kształtna i dorodna, brązowe jej ciało tak doskonałe, że swą urodą w kozi róg mogła zapędzić i Olimpię Cezane’a i Maję Goyi.”[26] Ta miłość i przyjaźń przetrwała przez długie lata.
Myśli o kolejnej podróży stały się wręcz manią prześladowczą, jednak przeszkodą ciągle były fundusze. Chociaż zakład już wyszedł na prostą i nie był zadłużony, to dochody były ciągle za małe aby odbyć kolejną podróż. Arkady postanawia sprzedać małe urządzenie drukarskie, za które dostaje prawie 5 000 zł. Te pieniądze i część oszczędności pozwalają mu na kolejną podróż. Podczas jego nieobecności zakładem zajmują  się dwie kobiety, Andra pracująca w dziale fotografii reprodukcyjnej oraz wykwalifikowana sekretarka Elżbieta, prowadząca sprawy księgowe.
Jesienią 1933 r. (po czterech latach przerwy) Arkady wyrusza nad Amazonkę.[27] Tym razem zamierza przywieźć nie tylko zbiory dla Państwowego Muzeum Zoologicznego w Warszawie ale i żywe zwierzęta dla ogrodu zoologicznego w Poznaniu. Marzy mu się także kolejna książka. Podróż była snem i piękną wymarzoną bajką. Arkady chłonąć całe piękno tropików pisał i przesyłał kolejne felietony do Polski. Pierwsze do :dziennika Poznańskiego”, a nawet do „Gazety Polskiej”.[28] Było to pismo nie tylko poczytne ale  „obsadzone” wówczas głośnymi nazwiskami. Fiedler przesyłając felieton nie liczył na odpowiedź. Wkrótce jednak otrzymał list z propozycją pisania dalszych felietonów, za które na początku dostawał  50 zł, a po jakimś czasie już 300 zł.[29] Przesyłane z podróży artykuły zyskują szaloną poczytność. Natomiast Fiedler po rocznej nieobecności wraca w glorii nie tylko jako podróżnik – przyrodnik, ale uznany felietonista.


  1. Ryby śpiewają w Ukajali  i Kanada pachnąca żywicą

Wykorzystując obserwacje z podróży, a w dużej mierze i materiały zawarte w publikowanych felietonach Arkady Fiedler już w kraju pisze książkę Ryby śpiewają w Ukajali[30], która jest wielkim sukcesem pisarza i umacnia jego pozycję w literaturze polskiej. Autor dał się poznać jako doskonały przyrodnik – obserwator, a także jako świetny reportażysta. Prowadzi czytelnika brzegami amazonki od źródeł aż do ujścia, ukazując przy tym całe piękno nieucywilizowanej przyrody. Pokazuje życie i zwyczaje Indian i Metysów, sięga do przeszłości tych ziem, a nawet opisuje dzieje polskiego osadnictwa.  Ryby śpiewają w Ukajali zjednały autorowi krytyków i zachwyciły czytelników. Książka uzyskała w 1936 r. nagrodę literacką miasta Poznania oraz Srebrny Wawrzyn Akademii Literatury.[31]
Pisarz odkrył przed czytelnikiem inny malowniczy świat i zaprosił go do wspólnej wędrówki na długie lata. Oto jak pisał w swojej książce: „A jednak przybysz, choćby nie wiem jak oczytany, stanąwszy twarzą w twarz wobec gorącej rzeczywistości, przeżywał zdumienie i przyjemny wstrząs, jak ktoś odkrywający nowe, a ważne dla siebie rzeczy. Trzeba było doznać tego na własnej skórze, własnymi żywymi zmysłami osiągnąć, by dopiero się przekonać, ile siły wzruszenia tkwiło w owych faktach, tak już, zdawałoby się powszechnie znanych i oklepanych (…). Wiele odkryto dotychczas na świcie, natomiast w puszczy amazońskiej był wciąż jeszcze do odkrycia wielki świat (…). Tego nie pisano w licznych książkach, że przyroda nad Amazonką narzuci przybyszowi z urzekającą brutalnością konieczność otworzenia nowej księgi, nieoczekiwanej, swej własnej, najbardziej osobistej i intymnej. Kimkolwiek przybysz będzie, nad Amazonką Muso przeżyć swą wielką Własną Przygodę”.[32] I tak wielki tramp przeżywał swą wielką przygodę przez całe swoje życie dzieląc się zawsze swoimi przeżyciami z czytelnikiem.
W 1936 r. ukazała się książka adresowana do młodego czytelnika nosząca tytuł  Zwierzęta z lasu dziewiczego[33], a złożyły się na nią opowiadania zamieszczone we wcześniejszej książce,  Bichos, moi brazylijscy przyjaciele oraz niektóre fragmenty książki Ryby śpiewają w Ukajali.  Autor porusza w niej sprawy, które nigdy nie stracą na aktualności.. Uczy młodego czytelnika miłości, szacunku, życzliwości do przyrody zwierząt egzotyki. Jako świetny znawca i doskonały obserwator umie doskonale porównać świat człowieka do świata zwierząt. Czyni to wszystko stosując prosty, bezpośredni a zarazem bardzo plastyczny opis. Również w tej książce zwierza się czytelnikowi: „Przywabiła mnie to puszcza tropikalna i już wiedziałem, że byłem nieuleczalnie chory na tę chorobę. (…)Takie już były objawy tej dziwacznej choroby, że pewnie będzie mi trzeba zwiedzać w życiu różne wyspy i różne ustronia pod ciepłym słońcem i przyjaźnić się z ich zwierzętami.”[34]
Wyprawa odbyta przez Arkadego Fiedlera w 1935 r. do Kanady zaowocowała kolejną książką wydaną w 1936 r.,  Kanada pachnąca żywicą.[35] Po jej ukazaniu krytyka wpadła w prawdziwy zachwyt. Ksawery Pruszyński napisał nawet, że „wielki pisarz wyczarowuje nam wszystko, jak Kipling wyczarował Indie (…) zaś kanadyjskie stworzenia nieznane nam dotąd, odkryte przez Fiedlera, żyją, myślą, kochają, czują się wdzięczne, wrogie, przyjazne, mądre, głupie, ludzkie.”[36]
Kanada pachnąca żywicą umocniła pozycje literacką Fiedlera, a także znacznie poszerzyła grono czytelników zauroczonych niesamowitymi opisami przyrody, obfitością różnorakich zwierząt i wielką przygodą.
Nie zapominając o młodym czytelniku jeszcze w tym samym roku autor pisze książkę, która jest skróconą wersją Ryb śpiewających w Ukajali noszącą tytuł Zdobywamy Amazonkę.[37] Fiedler usuwa z jej kart ponętną Dolores, a na jej miejsce rozbudowuje sceny z postacią brazylijskiego chłopca Czikinia. Choć książka jest nieco uboższa jednak zawiera wiele wartości istotnych dla młodego czytelnika. Przybliża egzotyczną przyrodę i uczy kochać wszystkie żywe stworzenia.
Ostatnie przedwojenna książka Arkadego Fiedlera nosząca tytuł Jutro Madagaskar, ukazała się  w 1939 r.[38]Tu także pisarz ukazuje egzotyczną przyrodę i maluje wiele niesamowitych przygód i przeżyć. Na Madagaskar pojechał natomiast – a uściślając -  został wysłany, dla rozeznania możliwości kolonizacyjnych na tej wyspie. Ówczesna Liga Morska i Kolonialna liczyła, że będzie można tam przerzucić polsko- żydowskich emigrantów.[39] Chciano wykorzystać pisarza, jednak misja zakończyła się  całkowitym fiaskiem. W opinii Ligi Morskiej i Kolonialnej pisarz nie popisał się jako polityk. Złożył w Ministerstwie Spraw Zagranicznych stosowny raport, oskarżając Europejczyków o znęcanie się nad tubylcami  i nieludzkie ich traktowanie. Urzekła go natomiast przyroda, jeszcze dziewicza, „niezwykłe zwierzaki, nawał groteskowych zwyczajów i niesamowitych tańców, boskich krokodyli, rozkosznych lemurów i oczywiście dużo zalotnych ramatu.”[40]
Kiedy po powrocie do Polski zaczyna Arkademu szwankować zdrowie, stwierdza że to na pewno z braku słońca i ciepłego klimatu. „ Z chwilą pojawienia się szkorbutu powziąłem decyzję szybkiego wyruszenia tam, gdzie najlepiej mogłem go wyleczyć: na Tahiti. (…) Przecież od lat chłopięcych postać fantastycznego romantyka Gauguina, tak związanego z daleką wyspą, niewymownie mnie pasjonowała(…). Szkorbut zjawiła się tylko jako dopełnienie ostatecznej decyzji (…). Wyjeżdżając na Tahiti, dobrze sobie uświadomiłem, dokąd mnie niosło: nie tylko na mały punkcik geograficzny na Oceanie Spokojnym, najbardziej od nas oddalony; nie tylko na wyspowe ziarenko maczku wśród ogromu mórz, ale na jakiś gigant popularności i sławy, na niedoścignioną wedettę słynnego  raju na ziemi.”[41]
Po przybyciu do tego wymarzonego zakątka Arkady wcale się nie rozczarował pisząc: „Nie dziwiłem się malarzom i poetom. Czarował tu nie tylko klimat, krajobraz i nieustanna aura sielanki, czarowała mnie przede wszystkim ludność urodą ciał, słodkim uśmiechem, szlachetnością twarzy, wdziękiem ruchów, pięknem oczu.”[42]
Wokoło było wszystko o czym podróżnik marzył: niesamowita przyroda, niesamowite zwierzęta, które kochał, śliczne dziewczęta, które zachwycały i „thaitańskie małżeństwo” z piękną Hutią.
Ta sielanka została jednak wkrótce przerwane, bowiem kiedy na wyspę doszły wieści o wybuchu II wojny światowej, Arkady nie mógł już tam spokojnie i sielsko żyć. Nie potrafił sobie znaleźć miejsca  i postanawia wracać. Po wrześniowej tragedii Polski decyzja powrotu była nieodwołalna, „…napływała coraz bardziej chęć walki. Coś tężało we mnie (…). Tam coraz bardziej przywoływał mnie  głos sumienia (…). Była dokoła tylko dręcząca radość rozśpiewanego Tahiti.”[43]




[1] A. Fiedler, Mój ojciec..., s. 201
[2] A. Fiedler, Wiek męski – zwycięski, Iskry, Warszawa 197, s.8
[3] Ibidem, s.13
[4] B. Tylicka, Arkady Fiedler…, s. 7
[5] A. Fiedler, Wiek męski…, s.16
[6] Ibidem, s. 20
[7] Ibidem, s.26
[8] „Nowiny Rzeszowskie”, nr 177, 12.08.1968
[9] A. Fiedler, Wiek męski…, s. 29
[10] Ratajczak J., Gdy Warta wpadała…, s.34
[11] Fiedler A., Wiek męski…, s.30
[12] Ibidem, s.30
[13] Fiedler A., Przez wiry i…, s. 27
[14] Fiedler A., Wiek męski …, s. 33
[15] Ibidem,, s. 54
[16] T.J. Zółciński, Podróżnik trzech Kontynentów, „Radar”, nr 12, 21.051985, s. 18
[17] A Fiedler, Wiek męski…, s. 57
[18] Ibidem, s. 57
[19] Ibidem, s. 62
[20] R. Dzieszyński, Piewca Wielkiej Przygody, „Nowiny Rzeszowskie:, nr 177, 12.08 1969
[21] A. Fiedler, Wiek męski… s. 66
[22] Ibidem, s.66
[23] J. Kasko, Rozmowy z pisarzami – z Arkadym Fiedlerem, „Głos Pracy”, nr 127, 30.05.1955
[24] Współcześni polscy pisarze i badacze literatury. Słownik bibliograficzny, red. J Czachowska i A. Szałagan, t.II, WSiP, Warszawa 1994, s. 298
[25] „Głos Wielkopolski”,nrn254, 26.1964
[26] A. Fiedler, Wiek męski…, s. 104
[27] Ibidem, s.108
[28] M. Skąpski, Poznańscy pisarze – Arkady Fiedler, „Nowiny Rzeszowskie”, nr 17, 12.07.1969
[29] „Głos Wielkopolski”, nr 254, 26.10.1955
[30] J. Kasko, Rozmowy z pisarzami, „”Głos Pracy”, nr 127, 30.05.1955
[31] B. Tylicka, Arkady Fiedler …, s. 20
[32] A. Fiedler, Ryby śpiewają w Ukajali, Iskry, Warszawa 1971, s. 12
[33] B. Tylicka, Arkady Fiedler…, s. 33
[34] A. Fiedler, Zwierzęta z lasu dziewiczego, Wydawnictwo Poznańskie, 1972, s. 85
[35] B. Tylicka, Arkady Fiedler …,s. 53
[36] J. Ratajczak. Gdy Warta wpadała… s. 8
[37] B. Tylicka, Arkady Fiedler … s. 53
[38] Ibidem, s. 53
[39] J. Ratajczak, Gdy Warta wpadała… s. 98
[40] A. Fiedler, Wiek męski… s. 177
[41] Ibidem, s. 177
[42] Ibidem, s. 216