poniedziałek, 26 maja 2014

Dla Ciebie mamo - For you, Mom










        To opowiadanie powstało na kanwie opowieści kilku kobiet - mam. Dedykuję je Wszystkim mamom w dniu ich Święta




To ja - mama


Ile razy patrzę jak się uśmiecha, płacze, bawi, śpi… powtarzam – Boże dziękuję Ci za niego, dziękuję Ci za to dziecko.
Piotruś jest moim trzecim dzieckiem. Ja nie stałam się kurą domową stojącą tylko przy garach, pieluchach i pralce. Jestem szczęśliwą kobietą realizującą swoje marzenia, pasje i ambicje zawodowe. Zanim doszłam do swojej szczęśliwej kobiecości przeszłam przez prawdziwy ogień dojrzałości życiowej.

Ja, rozpieszczona jedynaczka, najbardziej niesamodzielne dziecko na tym globie. Delikatna, wrażliwa i krucha, mdlejąca nawet przy rutynowym szczepieniu. Aż strach pomyśleć, że takie stworzenie może kiedyś urodzić dziecko, a co dopiero dzieci. Kiedy podrosłam babcia już zaczynała wznosić modły za moje macierzyństwo. Tak naprawdę rokowania moich najbliższych były bliskie zeru, no chyba, że przytyję zacznę wyglądać jak kobieta i do tego zdarzy się cud. Gdyby nie ambicje i mój upór studia pozostałyby w sferze marzeń. Niemożliwe przecież abym mogła sobie poradzić w obcym mieście,  bez rodziców i babci. Jednak z drugiej strony ambicje rodziców wzięły górę, bo przecież jako panienka z dobrego domu, jedynaczka, powinnam skończyć studia.

Studia to był jeden z przyjemniejszych etapów w moim życiu. Z każdym dniem i rokiem dojrzewałam do samodzielności i odpowiedzialności życiowej. Kiedy zakochana po uszy, przedstawiłam rodzicom tego wybranego, zyskałam mniej niż zero akceptacji. Może przystojny i choć na ostatnim roku studiów, to jednak nie ten poziom, status społeczny i majątkowy. A w ogóle jak ja sama mogę wybierać przyszłego męża. Oni przecież od kilku lat mieli listę potencjalnych, możliwych do zaakceptowania kandydatów.
Wbrew rodzinie odbył się nasz ślub. Po dwóch latach przyszło na świat nasze upragnione dziecko. Śliczna dziewczynka, którą nazwaliśmy Karolina. Choć obydwoje mieliśmy pracę, to z naszych marnych pensji trudno było związać  koniec z końcem. Najważniejsze, że naszym małym wynajętym mieszkaniu miłość trwała nadal,  a nawet była mocniejsza i bardziej dojrzała. Miałam wzloty i upadki jednak i tak świetnie sobie radziłam. Nigdy nie myślałam, że takie małe stworzenie kosztuje tyle wysiłku. Nie przypuszczałam, że można tak kochać i mieć dość, być tak słabym, a jednocześnie tak silnym. Mąż zawsze mnie wspierał. Byliśmy jak naczynia połączone, jedno uzupełniało drugie. Chciałam się dobrze nauczyć swojej nowej roli i postanowiłam wziąć urlop wychowawczy.

Wiosną jak grom z jasnego nieba przyszła wiadomość o poborze męża do wojska. Wprawdzie na rok, ale dla nas to i tak były całe wieki. Czułam się fatalnie, byłam rozdrażniona i w okropnym stanie co tłumaczyłam tą właśnie wiadomością. Kiedy do tego wszystkiego doszły wymioty, kupiłam test ciążowy, który pokazał, że jestem w ciąży. Przypuszczenia potwierdził ginekolog. Świat się dla mnie zawalił. Wszystkie plany, marzenia prysły jak mydlana bańka. W głowie miałam tylko jedno – Nie stać nas na drugie dziecko, przynajmniej nie teraz. Mąż mnie przekonywał, prosił o przemyślenie decyzji, obiecywał pomoc. Zapłakana, długo w nocy patrzyłam na Karolinę. Myślałam jak można tak bardzo kochać to w łóżeczku i jednocześnie nienawidzić to co jest we mnie. Moja mała córeczka oddychała równo, miarowo, a we mnie powoli coś pękało. Postanowiłam urodzić.

Ciążę znosiłam fatalnie. W tym wszystkim kształtowałam siebie na nowo. Swoją osobowość, podejście do życia, hierarchię wartości. Nawet te przepłakane, samotne noce, kiedy mąż był w wojsku, wspominam jako potrzebną szkołę życia.
.Kiedy urodził się Tomek, śliczny chłopczyk, znalazło się dla niego miejsce nie tylko w naszym małym mieszkaniu, ale przede wszystkim w naszych sercach. Mój urlop wychowawczy został przedłużony o kolejny rok. Uczyłam się życia każdego dnia, uczyłam się pięknej i trudnej miłości. Ona sprawiała, że byłam szczęśliwa, że się śmiałam, płakałam, dawałam radę… Ona ciągle mnie budowała, kształtowała oraz nadawała sens każdej przeżytej chwili. Choć byłam przepracowana, zabiegana, zawsze znajdowałam czas na książkę, i moje kochane hobby – malarstwo. Dbałam  nie tylko o swoje wnętrze, ale i o siebie. Kiedyś chłopcy z mojej klasy dedykowali mi piosenkę – Najpiękniejsza w klasie. Obróciłam to w żart przy całej zazdrości koleżanek. Teraz słowa mojego męża – Dziewczyno, jak ty to robisz, ze jesteś coraz piękniejsza? – dodawały mi skrzydeł.

Po wizycie u ginekologa zdecydowałam się na środki antykoncepcyjne. Chociaż fachowo dobrane, znosiłam fatalnie. Bóle głowy, zawroty, wymioty, kołatanie serca… Żyłam jak w złym śnie. Lekarz zalecił zmianę i tak było kilkakrotnie. Czułam się jak królik doświadczalny. Po kolejnej wizycie usłyszałam, że jestem w ciąży, ale jest to początek i z usunięciem nie będzie żadnych problemów. To już nie był płacz ani szloch, to był padół łez. Nienawidziłam siebie, a jeszcze bardziej dziecka. Powiedziałam dość, ono nie może się urodzić. Ja też mam prawo do życia, pracy i realizacji własnego ja. Mąż choć milczał patrzył bardzo wymownie. Tłumaczyłam siebie i tłumaczyłam sobie, że brałam środki antykoncepcyjne, byłam przeziębiona, brałam lekarstwa i to dziecko może urodzić się niepełnosprawne. Szlochając nad łóżeczkiem Karoliny i Tomka tłumaczyłam sobie, że to właśnie im powinnam zapewnić szczęśliwe dzieciństwo, szczęśliwy i bezpieczny dom. Poszukałam jeszcze mnóstwo innych argumentów. Uspokoiłam sumienie. Umówiłam się na zabieg.
Nadeszła środa. Mąż odwoził mnie do gabinetu. Siedzieliśmy w samochodzie, a między nami była ściana milczenia. Nawet nasze oczy nie chciały się spotkać. Nie wiem jak znalazłam się u lekarza. Pamiętam tylko jego słowa – Proszę się rozebrać. Weszłam za parawan, a przed oczami zaczął mi się przesuwać kolorowy film. Zobaczyłam mojego kochanego Małego Księcia i różę i lisa… Usłyszałam słowa – Musisz być odpowiedzialny za swoją różę… Widziałam Karolinę i Tomka i duże bukiety róż, które dostawałam od męża i tę jedną czerwoną, którą przyniósł mi pierwszy raz i powiedział – Będziesz moją różą, z tobą chcę przejść przez życie, w radości i w smutku, w złych i dobrych chwilach, na zawsze, ufam ci… Potem zobaczyłam siebie w szkolnej ławce, a w uszach zadźwięczały mi słowa – Tyle wiemy o sobie na ile nas sprawdzono…
Z gabinetu wybiegłam jak szalona. Mąż siedział w samochodzie,  a z oczu płynęły mu łzy. Gdy mnie zobaczył, złapał mnie w ramiona i wyszeptał – Ufałem ci, w radości i smutku, w złych i dobrych chwilach… z wami chcę przejść przez życie, damy radę… Kocham Cię.
W październiku urodził się Piotruś. Zdrowy śliczny chłopczyk. Długo karmiłam go piersią, najdłużej z trójki naszych dzieci. Piotruś był wyjątkowo spokojnym dzieckiem. Zawsze kiedy patrzył na mnie swoimi dużymi ciemnymi oczkami miałam wrażenie, że mówił – Dziękuję, że żyję…
Mój urlop wychowawczy został przedłużony. Znów były chwile radości i smutku, czasem okruch szczęścia, który stawiał mnie na nogi, dawał wiarę i siłę. Było biednie ale wspaniale, mieliśmy siebie. Nigdy bym nie pomyślała, że ja rozpieszczona jedynaczka jestem zdolna do takiej trudnej lecz jednocześnie pięknej i odpowiedzialnej miłości. Zawdzięczam to jednak nie tylko sobie. To w dużej mierze zasługa mojego męża, Karoliny, Tomka i Piotrusia, którego czasem w myślach nazywam moim małym księciem.

Kiedy Karolina skończyła sześć lat poszła do zerówki, Tomek i Piotruś do przedszkola, a ja do pracy. Wcale nie żałuję tych lat spędzonych z dziećmi. Dzisiaj już wiem, że żadna chwila poświęcona dziecku nie jest chwilą straconą. Często to powtarzam młodym kobietom.

Na Dzień Matki klasa Piotrusia zorganizowała przyjęcie dla mam. Dzieci przedstawiły piękny wzruszający program, a na koniec zaśpiewały piosenkę:

To ty mamo, maja żywo kołysko
Byłaś bliżej niż blisko
Gdy serdeczne stukanie
Twoje ciche śpiewnie
Było pierwszym kochaniem…


Nie byłam jedyną płaczącą matką. Potem mój syn podszedł do mnie z papierowym czerwonym sercem i do ucha wyszeptał – To dla ciebie. Bardzo cię kocham mamusiu…

Moje troje dzieci kocham jednakowo. Są całym moim światem, poza którym dostrzegam jeszcze wiele innych rzeczy i możliwości. Kiedy zasypiają szepczę nad ich łóżeczkami – Kocham was, kocham was nad życie. Nad łóżeczkiem Piotrusia często dodaję – Boże dziękuję Ci za niego, dziękuję Ci za to dziecko…



Mam taką specjalną skrzynkę z napisem Moje najdroższe skarby. To z niej wyciągnęłam kilka, już bardzo starych laurek od moich dzieci. Zawsze wzruszają...



















Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że nie jest prosto być mamą, jednak warto, to wszystkie skarby tego świata.


Życzę Wam miłego dnia, radości i wzruszeń.







21 komentarzy:

  1. Pięknie to napisałaś, aż się popłakałam. Teraz jesteś spełnioną matką i triumfujesz. Ja mam jedną córkę i chyba już tak zostanie. Późno ją urodziłam......
    To ile lat ma teraz Piotruś?

    OdpowiedzUsuń
  2. piękny, wzruszający wpis:) też mam synka Piotrusia;)

    OdpowiedzUsuń
  3. dobrze się czytało, gratuluje tyle szczęścia, ja mam jedno:)

    OdpowiedzUsuń
  4. O rany, ale miałaś dylematy - nie zazdroszczę, aż mi łza popłynęła :'-( A co do łez, to ja zawsze się występami swoich dzieci wzruszałam, na każdej akademii przedszkolnej czy szkolnej ryczałam jak bóbr i byłam takim jedynym bobrem na sali, bo wszyscy to raczej siedzieli uśmiechnięci od ucha do ucha. A ja ze szczęścia zawsze płaczę i bywa to krępujące ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ślicznie napisany wpis gratuluję za wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wzruszające.....to piękne święto
    Też lubię takie laurki dziecięca rączką stworzone :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękny, wzruszający post. Ja jestem jedynaczką, mam jedną córkę, która obdarzyła mnie dwiema wspaniałymi wnuczkami. Piękny jest dzisiejszy dzień :) Pozdrawiam Cię serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  8. wzruszająca historia, wiele przeszłaś, ja jeszcze nie jestem mamą.

    OdpowiedzUsuń
  9. Popłakałam się czytając Twój wpis.
    To prawda, że dzieci to odpowiedzialność i obowiązek, ale trud wynagradzają wielokrotnie. Są cudem:)
    Mam dwóch synków:)
    Wszystkiego dobrego Avo:)

    OdpowiedzUsuń
  10. w październiku tego roku skończy 26 lat?

    OdpowiedzUsuń
  11. Wszystkiego Naj! droga mamo...też mam takie skarby...pozdrawiam...

    OdpowiedzUsuń
  12. Piekne wspomnienia, prześliczne laurki!!!! :):):)
    Wszystkiego najlepszego :):):)
    ściskam

    OdpowiedzUsuń
  13. Wiesz co, siedzę i becze, aż mi makijaż sie rozmazał po policzkach i okulary zaszły mgła. dzieki ci za to świadectwo. Zawsze czułam, że jestes fajna babeczką, a teraz jeszcze bardziej! :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Piękne i bardzo wzruszające opowiadanie i prześliczne pamiątki. Buziaki :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Czytałam wzruszona. Myślę, że my mamy - mamy swoje historie... Może kiedyś opiszę swoją. Moc uścisków. Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
  16. Poplakalam sie , dziekuje

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz i odwiedziny. Możesz również zapraszać mnie na swojego bloga (nie uważam, że jest to coś niestosownego). :)
Zapraszam Cię również do witryny obserwatorów. To jest w końcu blog więc bloguj lecz się nie blokuj :)